czwartek, 2 grudnia 2010

Recenzja: baza pod makijaż z firmy L'Oreal

Swego czasu wybrałam się do perfumerii Douglas. Zaplanowałam sobie wtedy zakup podkładu i dodatkowo chciałam trochę poszperać po sklepach. Zachęcona wspaniałymi reklamami, postanowiłam wypróbować bazę pod makijaż z serii Studio Secrets Professional z firmy L'Oreal.


Producent zapewnia, że baza ta wspaniale wyrówna i udoskonali powierzchnię skóry. Dodatkowo zmatowi twarz i pozwoli podkładowi trzymać się na buzi przez cały dzień.
Jak jest naprawdę?

Mimo, że w sieci pojawiło się wiele negatywnych recenzji, muszę przyznać, że ten produkt w pełni spełnił moje oczekiwania. Kiedy pierwszy raz nałożyłam bazę na twarz, to byłam zaskoczona jej delikatnością, smarownością i lekkością. Nie byłam nigdy fanką baz pod makijaż, bo większość z nich daje uczucie silikonowej maski. W przypadku tego produktu takiego uczucia nie było. Po nałożeniu kosmetyku twarz staje się rozświetlona, cera wygląda na wypoczętą. Na co dzień korzystam z podkładu Revlon ColorStay i uwierzcie mi, że po użyciu tego średnio kryjącego podkładu, na mojej twarzy wszelkie zmarszczki, bruzdy i rozszerzone pory były ledwie widoczne. Twarz była bardzo gładka i efekt końcowy po prostu mnie zaskoczył.
Baza ta sprzedawana jest w słoiczku o pojemności 15ml. Jej konsystencja to żel-krem w kolorze delikatnego różu; na skórze jest niewidoczna. Jest bezzapachowa.
Produkt jest bardzo wydajny. Wystarczy naprawdę niewielka ilość, aby pokryć całą twarz. Uwaga! Jeżeli nałożymy zbyt dużo, zacznie się on wałkować!
Największą wadą kosmetyku jest jego cena. Trzeba natomiast wiedzieć, że wszystkie bazy, które mają na celu udoskonalenie powierzchni skóry, są bazami z tej droższej półki. Ta z L'Oreal jest raczej jedną z tańszych na rynku. Jej cena to ok.75zł. W Douglasie zapłaciłam za nią ok. 85zł.

Skład: Cyclohexasiloxane, Dimethicone, Dimethicone / Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Silica, Acrylates Copolymer, Disodium Stearoyl Glutamate, Aluminum Hydroxide, Various Colours.

Nie wiem, czy ponownie zakupię ten produkt. Jest to dla mnie dodatek do makijażu, z którego korzystam podczas "wielkich wyjść". Na co dzień bazy tej nie stosuję, ponieważ mój codzienny makijaż tego nie wymaga. W tym momencie pozostało mi pół słoiczka kosmetyku, a mam go od początku września.

Aasieek bloguje

czwartek, 25 listopada 2010

Recenzja: e.l.f.


Zastanawiałam się, jaki powinien być mój pierwszy post na tym blogu i stwierdziłam, że recenzja to dobry pomysł!
Na pierwszy ogień idzie moja kolekcja produktów z firmy e.l.f., czyli eyes lips face (żeby z wyrobem oleju nie mylić).


Zacznę od tego, że wbrew pozorom zdobycie kosmetyków tej firmy nie jest ani trudne ani zbyt drogie. Firma ta posiada w swojej sprzedaży stosunkowo tanie produkty. Biorąc pod uwagę fakt, że niektóre produkty są tańszym odpowiednikiem (albo może raczej tańszym zastępstwem) produktów luksusowych marek, to ich cena naprawdę jest idealna dla zakupoholiczek.
e.l.f. ma swoje trzy oddziały: amerykański, angielski i francuski. Firma bardzo zmyślnie określiła terytoria na których działa każdy oddział i gdzie dostarcza kosmetyki. Polscy konsumenci zakupy robię na stronie angielskiej.
Uprzedzę pytania - przesyłka do Polski do koszt niecałych 4£. Oczekiwanie na przesyłkę - w moim przypadku ok. 4 dni.
Niestety, angielska strona elf przestała obsługiwać klientów z Polski. W tym momencie kosmetyki te są łatwo dostępne w polskich sklepach internetowych :)

Moja kolekcja

Zacznijmy od pudru, bez którego nie wyobrażam sobie codziennego makijażu. Mowa tu o High Definition Powder. Przede wszystkim świetnie matuje skórę. Efekt zmatowienia utrzymuje się przez wiele godzin! Byłam zaskoczona tym produktem. Zakupiłam go po dobrej recenzji Oneilowej (polecam zajrzeć, bo to przeurocze dziewczę) i nie byłam zawiedziona. W tym momencie jest to mój "number one". Myślę, że to także świetni odpowiednik droższych kosmetyków HD.

Kolejnym produktem, o którym chcę wspomnieć, są lakiery do paznokci. Przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia jeżeli chodzi o te kosmetyki. Są to bardzo nieregularne twory - nigdy nie wiesz co Cię czeka. Posiadam kolory:
  • pastelowe Mint, Smoky Brown, Mango Madness,
  • Light Red
  • Party Purple ze świątecznej serii limitowanej
 Uwierzcie mi, że każdy kolor jest inny jakościowo. Pastele z zasady są problematyczne, ale te z e.l.f.'a biją wszelkie rekordy.
Mint miał być strzałem w dziesiątkę i po części nawet jest. W tym momencie znalazłam dla niego sposób - nakładam go na odżywkę wzmacniającą z Miss Sporty, która również ma delikatny odcień mlecznej mięty. W ten sposób nie tworzą mi się prześwity i manicure jest równomierny. Bez takiej bazy paznokcie wyglądały po prostu brzydko.
Smoky Brown od początku zaskakiwał. Przede wszystkim dlatego, że spodziewałam się czegoś jaśniejszego. Kolor jest bardzo ładny, więc w sumie nie byłam zawiedziona, ale trzeba wykazać się pewną dozą cierpliwości podczas malowania nim pazurków. Tworzy on brzydkie prześwity na paznokciach i nawet 3 warstwy temu nie potrafią zaradzić. Żadne bazy nie działają, ponieważ kolor jest dość specyficzny..
Mango Madness miał być ładniejszy. Kolor jest okropny i użyłam go zaledwie raz aby przekonać się, że ma beznadziejne krycie. Chociaż, dochodzą mnie słuchy, że niektórym dziewczynom się on dobrze sprawia.. Nie wiem, felerną wersję dostałam? :) Pomijam fakt, że lakier był źle oznaczony na opakowaniu, o czym firma mnie oczywiście poinformowała. Zamawiałam Mango Madness a dostałam opakowanie z napisem Passion Pink. W środku był jednak kolor Mango i w sumie żałuję, że nie okazał się on jednak tym kolorem Passion Pink!
Light Red był moim ulubionym lakierem e.l.f.'a do niedawna. Teraz mam inny "numer jeden", ale ta czerwień nadal przyprawia mnie o zawrót głowy. Lakier świetnie się rozprowadza, kryje i utrzymuje się na pazurkach odpowiednią ilość czasu. Ten kolor zdecydowanie mogę polecić.
Party Purple czyli moja najnowsza zdobycz. Lakier z limitowanej świątecznej edycji jest moim ulubieńcem w tym momencie. Kolor mnie zachwycił po prostu. Na stronie internetowej nie wygląda tak dobrze, jak na żywo. Lakier jest fioletowy i ma wykończenie brokatowe. Bardzo intensywny kolor, który na paznokciach wygląda faktycznie jak fiolet, a nie złamana czerń. Mimo brokatu nie ma problemów ze zmyciem go zwykłym zmywaczem.

Paleta cieni również ze świątecznej limitki - Party Eyeshadow Palette - to pierwszy "elfowy" produkt do oczu jaki zakupiłam. Kolory są bardzo udane i kupiłam je z myślą o imprezie sylwestrowej. W palecie tej znajdziecie kolory, które pozwolą dopasować Wam makijaż do każdego stroju! Znajdziecie tu trzy cienie z wykończeniem perłowym/lekko metalicznym oraz trzy cienie brokatowe. Najbardziej zawiódł mnie cień błękitno-miętowy, który jest po prostu niewidoczny na oku bez względu na to, jaką bazę pod cienie użyjemy. Zastanawiam się jeszcze nam płynem Duraline albo fixerem z Vipery - może to jest przepis na sukces? :) Brokat w cieniach nie jest nachalny. Nie osypuje się on bardzo, co czyni te cienie moimi ulubionymi produktami z wykończeniem brokatowym ;) Oprócz nieudanego błękitu, pozostałe cienie są bardzo dobrze napigmentowane. Polecam również sprawdzenie pędzelka dołączonego do paletki. Do nakładania cieni może się nie nadaje, bo jest za mały, ale do zrobienia kreski na dolnej powiece wydaje się być idealny!

Kremowy eyeliner w odcieniu czarnym zrewolucjonizował mój imprezowy (i czasami codzienny ;) ) makijaż. Jest to mój pierwszy liner tego typu i muszę powiedzieć, że jestem naprawdę zadowolona. Wykończenie kreski jest matowe, co mi bardzo odpowiada. Nakładam go skośnym pędzelkiem do kresek z LancrOne i nie narzekam. Wiem, że niektórym dziewczynom ten liner (inne kolory?) się nie sprawdził, ale ja jestem zadowolona. Utrzymuje się na oku cały dzień, nie rozmazuje się i co najważniejsze: nie odbija się na powiece! Przy moich oczach jak u baseta, bałam się użyć tego produktu. Na szczęście eyeliner sprawdził się w 100%.

All Over Color Stick mam w odcieniu Spotlight. Jest to rozświetlacz na kości policzkowe, rozświetlacz wew. kącika oka i łuku brwiowego i pyłek na ciało w jednym.Jest kremowy, łatwy do roztarcia. Zostawia bardzo ładną opalizującą mgiełkę, która świetnie rozświetla  skórę. Nie polecam go jako cień na oczy, ponieważ jest za bardzo kremowy. Zbiera się w załamaniu bardzo szybko, nawet na bazie.

od lewej: Voodoo i Fantasy
Dwie nowe zdobycze - szminki do ust. Mam je w dwóch kolorach: Voodoo i Fantasy. Są średnio kremowe, ale dobrze nawilżają usta. Zaraz po nałożeniu wydają się "drętwe", ale pod wpływem ciepła ciała tracą tę cechę. Kolory z początku mnie przestraszyły, ale okazało się, że to strzał w dziesiątkę na tę jesienną (już zimową...) pogodę za oknem. Mają bardzo ładny zapach słodkiego cukierka. Na ustach jest on niewyczuwalny.


Ostatnim produktem, o którym chciałabym opowiedzieć nie jest kosmetyk, ale coś co mnie do siebie bardzo przekonało. Szampon do głębokiego mycia pędzli z serii profesjonalnej studio. Kiedy pokazywałam go w filmiku, kilka osób napisało mi o tym, że przecież nie ma sensu wydawać pieniędzy, skoro mogę umyć pędzle zwykłym szamponem. Może i tak, ale przyznam szczerze, że wole wydać te 3,50£ na produkt, który sprawia, że włosie moich pędzli jest miękkie i niesamowicie miłe w dotyku. Szampon jest dosyć wydajny i na moje oko dobrze te pędzle myje. Jest dostępny również spray do codziennego mycia pędzli, ale mi jest on zbędny. Swoje pędzelki myję raz na 10 dni i z szamponu jestem zadowolona.

W tym momencie jest wielki bum na kosmetyki z e.l.f.'a. Jest wiele produktów, które widziałam u innych dziewczyn i które chcę koniecznie kupić. Zapewne z czasem ta moja "elfowa" kolekcja będzie się powiększać, ale jako że już mniej więcej odnajduje w produktach tej firmy, to postaram się rzadziej trafiać na buble ;)


Pozdrawiam Was cieplutko,
Asiek.



P.S.
Tutaj możecie również zobaczyć mój październikowy film z haulem z produktami z firmy e.l.f. Zobaczcie część kosmetyków "na żywca" :)


Aasieek bloguje