środa, 31 października 2012

Obudź się, póki wirus HCV drzemie

Dzisiaj o akcji, która może uratować niejedno życie.

Kampania rozpoczęta przez Fundację Urszuli Jaworskiej ma na celu budowanie świadomości na temat Wirusowego Zapalenia Wątroby typu C. Przedsięwzięcie to ma podnieść wiedzę na temat WZW C - źródeł zakażenia, profilaktyki, diagnostyki i leczenia. W tym momencie szacuje się, że zaledwie 8% przypadków zostało zdiagnozowanych.

Informacji na temat WZW C oraz całej kampanii możecie szukać na stronie www.akademiawzwc.pl


W ramach akcji wystartował na Facebooku fanpage Pana Wątroby, a teraz zorganizowano również konkurs.

Do wygrania jest odtwarzacz MP3.
Co zrobić aby wygrać?
1. Odwiedź profil Pana Wątroby na Facebooku i polub go! https://www.facebook.com/PanWatroba
2. Wymyśl fajny slogan zachęcający do przebadania się na obecność wirusa HCV i prześlij go na adres mailowy Pana Wątroby - panwatroba@akademiawzwc.pl

Pan Wątroba czeka na Wasze zgłoszenia do 5 listopada br.!


sobota, 20 października 2012

Ombre manicure (krok po kroku)


Jakiś czas temu zaprezentowałam Wam moją wersję jesiennego makijażu. Dzisiaj znalazłam inspirację do wykonania jesiennego manicure. Chciałam, żeby było to coś nietypowego, bo ostatnio mam ochotę na wypowiedzenie nudzie wojny.

Efekt końcowy to ombre w jesiennych kolorach.

Ponownie sięgnęłam po lakiery z China Glaze. Są one z kolekcji Retro Diva, o której pisałam wiosną tego roku. Pozbyłam się dwóch kolorów, które były mi zbędne i zostawiłam sobie cztery. Do tego manicure użyłam Short & Sassy, Far Out oraz mojego ulubieńca Let's Groove. Te kolory idealnie reprezentują moje postrzeganie tegorocznej jesieni.




Jest kilka przepisów na zrobienie tzw. gradient manicure. Ja wybrałam metodę z gąbeczką. Dodatkową zabawą było zabezpieczenie skóry wokół paznokci. Wybrałam dwie metody: jedną było obklejenie okolic paznokcia taśmą klejącą, a drugą posmarowanie skóry oliwką. W przypadku taśmy było to strasznie pracochłonne rozwiązanie, a nałożona oliwka faktycznie ochroniła skórę i pozwoliła z łatwością usunąć lakier z niechcianych miejsc.


Na samym początku nałożyłam na paznokieć bazę ochronną i wzmacniającą. Następnie pomalowałam go białym kolorem bazowym (1). W ten sposób miałam pewność, że manicure będzie dobrze krył płytkę. Musiałam zadbać o to, aby jak najlepiej zabezpieczyć skórę wokół paznokci, bo nie jestem mistrzem w usuwaniu lakieru za pomocą wacika. Tak jak opisałam to wcześniej, skorzystałam z dwóch sposobów, ale rozwiązanie z oliwką wydaje się lepsze. Od tego momentu zadziałała magia - przy użyciu najzwyklejszej gąbki wykonałam resztę pracy. Można tu użyć również gąbeczki kosmetycznej, ale różnicy zbytnio w efekcie końcowym nie widać, a szczerze przyznam, że takich syntetyków do makijażu w domu po prostu nie posiadam. Tak więc wzięłam trzy wybrane lakiery do paznokci i pomalowałam końcówkę gąbeczki w równoległe pasy (2). Następnie metodą stempelkową przykładałam gąbeczkę do paznokcia i nanosiłam kolory na płytkę (3). Odcienie nakładane w ten sposób miały zatarte granice i mieszały się ze sobą w odpowiedni sposób. Na sam koniec położyłam top coat, który ostatecznie wyrównał kolory i warstwy, jednocześnie nadając paznokciom ładny połysk.

Już kiedyś próbowałam w ten sposób pomalować paznokcie. Wtedy miałam w głowie pastelowe połączenie, które mogłoby stanowić manicure inspirowany szpitalem ;)

Była to nieudana próba, ale pierwsze koty za płoty, jak to mówią! Okazuje się, że odpowiednio dobrane kolory to podstawa!

Tu użyłam białego lakieru z Rimmela, fioletu z Essence, którego poświęciłam kiedyś wpis Nail of the Day, oraz mięty z Inglota (nr 696).

Swoją drogą, przy okazji gąbeczki. Pamiętacie, jak na początku roku zaprezentowałam Wam manicure metodą gąbeczkową? Metoda jest ta sama, tylko lakier nakładamy bezpośrednio na gąbkę i tam pozwalamy się kolorom wymieszać.

Hot or Not? Jakie są Wasze kolory tej jesieni?

piątek, 19 października 2012

Alterra, żel pod prysznic Kwiat Neroli i Bambus

Chciałabym zaprezentować Wam kolejny produkt marki Alterra - żel pod prysznic Kwiat Neroli i Bambus. Nazwa brzmi co najmniej fantazyjnie, ale pozwala wierzyć że użycie tego produktu będzie niezapomnianym przeżyciem.

Bardzo lubię kwiatowe zapachy, a te połączone z zapachem bambusa stanowią naprawdę udane połączenie. Tym razem taka mieszanka również przyniosła fajny efekt. Żel przez to jest bardzo odświeżający i idealnie nadaje się na poranny prysznic. Co mi się również podoba to moc zapachu, który roznosi się po całym pomieszczeniu, a także zostaje na skórze.

Sam produkt jest dosyć gęsty i czasami mam wrażenie, że mało wydajny, ale z drugiej strony opakowanie dozuje odpowiednią ilość kosmetyku. Żel pozbawiony jest wszelkich ulepszaczy SLS, więc z początku obawiałam się czy będzie on się pienił. Tutaj zaobserwowałam pewną zależność. Na zwykłej gąbce piana była dość mocna, ale już na mojej ulubionej roślinnej myjce żel się nie sprawdził. Miałam wrażenie, że moja luffa go po prostu pochłonęła.

Jeden z najważniejszych testów żeli pod prysznic - skuteczność w zderzeniu z antyperspirantem. W tej próbie produkt sprawdził się bardzo dobrze. Skóra była oczyszczona i mogła swobodnie oddychać.

Dużym plusem produktu, jak i marki Alterra, jest skład kosmetyku. Ponownie, jak w przypadku szamponu do włosów,  mamy do czynienia z  bezpiecznymi, naturalnymi i organicznymi składnikami.Tego żelu możemy używać bez obaw. W składzie widnieje alkohol, który potrafi podrażniać i wysuszać skórę, ale nie miałam takich doświadczeń i nie mogę się w tej kwestii wypowiedzieć.

Jak podaje producent: Alterra żel pod prysznic Kwiat Neroli i Bambus: nie tylko łagodnie pielęgnuje skórę w czasie kąpieli, ale również rozpieszcza zmysły lekko owocowym zapachem egzotycznego kwiatu neroli i odżywczego bambusa. Żel posiada lekką konsystencję, dzięki czemu z łatwością rozprowadza się go na ciele. Jego systematyczne stosowanie powoduje, że skóra staje się wyraźnie
gładka i miękka w dotyku. Co istotne - kosmetyk nie zawiera syntetycznych barwników, substancji konserwujących oraz silikonów i parafiny.

Mimo regularnego stosowania, nie zauważyłam specjalnego wpływu żelu na moją skórę, ale nadal jest to dobra (i stosunkowo tania!) opcja do codziennej pielęgnacji.

Produkt dostępny jest w drogeriach Rossmann.
Cena: 7,99 zł/ 250 ml

piątek, 12 października 2012

Dazzle Me! Jesienny makijaż (krok po kroku)

Piękna jesień trwa w najlepsze i razem z tym bogactwem kolorów za oknem, w głowie rodzą się kolejne inspiracje.

Dzisiaj zaprezentuję Wam makijaż, który był wykonany spontanicznie. Postanowiłam przetestować, jak kolor zielony będzie prezentował się na moich oczach. Jako, że obecna aura jest zdecydowanie jesienna, to jedyną zieleń jaką posiadam postanowiłam potraktować trochę inaczej. W ten sposób stworzyłam makijaż, który naprawdę dobrze wygląda u osób z niebieskimi oczami.

Przekonałam się do zieleni!


Na samym początku położyłam na oczy bazę, aby mieć pewność, że kolory będą miały odpowiednią moc. Następnie na środkową część powieki nałożyłam złoty cień z delikatnymi drobinami - Essence, nr 02 Dance all night, który jest łatwo dostępny w sklepie ladymakeup.pl. Cień na wierzchu miał warstwę brokatu, która była nie do zaakceptowania przy moich małych oczach, ale po jej zdrapaniu odkryłam naprawdę fajnie napigmentowany i błyszczący cień - idealny do wieczornych makijaży.










Następnie rozświetliłam wewnętrzny kącik przy użyciu białego cienia z Revlonu i sięgnęłam pod głównego bohatera, czyli sypki cień do powiek, Collection 2000, Dazzle me! w kolorze Tinkerbell. Kolor ani trochę nie przypomina jesiennej zieleni, ale na tyle go później podrasowałam, że wyglądał tak jak to sobie wymyśliłam.
Cień do niedawna był dostępny w sklepie paatal.pl. Jest to produkt angielskiej marki. Bardzo dobrze mi się nim pracowało, ale trzeba było bardzo uważać na to, aby nie osypywał się na twarz. Oczywiście, wszystkie sypkie cienie się osypują, dlatego nie traktuję tego jako wady. Najbardziej sposobało mi się to, że pomimo bazy, która zazwyczaj stwarza problemy z rozcieraniem cieni, to ten kolor świetnie mieszał się z innymi na powiece. Używałam to tęgo ołówkowego pędzelka i efekt był naprawdę zadowalający.














Ponieważ makijaż nie miał ani trochę charakteru jesiennego, postanowiłam pomieszać zieleń z Collection 2000 z miedzianym cieniem Sunset z paletki Sleek MakeUp, Monaco z kolekcji Mediterranean, którą prezentowałam ponad rok temu. Efekt na tyle mi się spodobał, że dość często takie połączenie powtarzam.


Następnie musiałam już tylko zadbać o odpowiednie wykończenie. Dlatego na dolną powiekę położyłam matowy, fioletowy cień z Inglota, nr 375. Jednocześnie wyczyściłam również zewnętrzny kącik. Wąskim  pędzelkiem do kresek, nasączonym płynem micelarnym zmazałam to, co było niepotrzebne. W ten sposób stworzyłam ostrą granicę cienia na górnej powiece.











Na sam koniec wystarczyło dodać czarną kreskę. Do jej wykonania użyłam rewelacyjnego eyelinera z Wibo, w kolorze czarnym. Na sam koniec mocno wytuszowałam rzęsy czarną maskarą i makijaż był gotowy!





wtorek, 9 października 2012

Alterra, szampon Biotyna i Kofeina

Marka Alterra pojawiła stosunkowo niedawno bo na początku 2011 roku, proponując nam naturalne produkty stanowiące przeciwwagę dla kosmetyków naładowanych niebezpiecznymi składnikami. Bardzo szybko blogerki i vlogerki rozpoczęły testowanie, a temat Alterry krążył po sieci i było już jasne, że Rossmann wprowadził do sprzedaży małe perełki.


Dzisiaj skupię się na szamponie, który niedawno pojawił się
na rynku.


Jak mówi sam producent, Alterra, szampon Biotyna i Kofeina "przeznaczony jest do włosów zniszczonych i osłabionych, które wymagają intensywnej regeneracji. Dzięki zawartości prowitaminy B5 oraz biotyny pielęgnuje i wzmacnia włosy. Pobudzająca kofeina i nasiona guarany zapewniają im natomiast dawkę witalności, miękkość i sprężystość. Kosmetyk nie zawiera sztucznych frakcji pieniących. Posiada delikatnie kawowy zapach. Szampon idealnie sprawdzi się jako pielęgnacyjna
baza pod odżywkę."

Ja testowałam ten szampon w momencie, kiedy moje włosy wymagały naprawdę odpowiedniego odżywienia i regeneracji. Byłam po dość nieudanej wizycie u fryzjerki, która zostawiła mnie z wysuszonymi, połamanymi i chyba nawet spalonymi prostownicą włosami. Istny dramat.

Po pierwszym użyciu szamponu nie zauważyłam diametralnej zmiany, jednak włosy były dosyć sprężyste, czego im brakowało w ostatnim czasie. Niestety, nie miałam gładkiej fryzury po tym produkcie, ale nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Naprawdę niewiele kosmetyków na rynku jest w stanie sprawić, aby moje mocne włosy poddały się efektom zmiękczającym.

Dodatkowo spodobał mi się zapach szamponu. Był odświeżający i pozostawał na włosach.

Znalazłam jednak wadę tego produktu. W moim przypadku włosy myte są co drugi lub trzeci dzień. Wymagam od szamponu, aby przez ten czas dbał o ich dobry wygląd. Szampon z Biotyną i Kofeiną jest natomiast produktem do codziennego mycia głowy. Na drugi dzień po umyciu włosy stawały się średnio świeże i nie chciały się układać. Sytuację ratowała jedynie pianka do włosów, ale takich produktów używam raczej od święta. Jest to bardzo dobre rozwiązanie dla krótkich, cienkich włosów, które wymagają codziennego mycia i pielęgnacji.

Produkt dostępny jest w sieci sklepów Rossmann
Cena: 9,49 zł/ 200 ml

Isana, krem do ciała z Masłem Shea i Kakao

Wraz z jesienią, każdego roku, odzywa się we mnie amatorka kakaowych, waniliowych i czekoladowych zapachów. Dają mi one komfort podczas chłodnych wieczorów. Jednocześnie coraz częściej sięgam po kremy i masła do ciała, ponieważ moja skóra zaczyna się nadmiernie wysuszać w związku ze zmianą pogody.

Dzisiaj chcę Wam zaprezentować produkt, który swoim zapachem wprowadził mnie w tegoroczny świat ciepłej herbaty, koca, książki i naprawdę dobrego samopoczucia - Isana krem do ciała z Masłem Shea i Kakao

Grupa kosmetyków Isana, produkowanych specjalnie dla sieci sklepów Rossmann, została powiększona o dodatkowe produkty. Bardzo dużo się ostatnio o nich mówi i pisze, dlatego również chciałabym zabrać głos w tej dyskusji.

Kilka słów od producenta:

Isana krem do ciała z Masłem Shea i Kakao: zawarte w nim masła shea i kakaowe oraz olej kokosowy zapewniają kompleksową pielęgnację suchej skóry. Witamina E oraz pantenol zaś skutecznie nawilżą i odżywią nawet najbardziej wymagający naskórek. Dzięki lekkiej konsystencji krem dokładnie rozprowadza się na całym ciele, nie pozostawiając tłustej warstwy. Po zastosowaniu kosmetyku przyjemny i subtelnie słodki aromat kakao jeszcze przez dłuższy czas utrzymuje się na skórze.

Moja opinia?

Przede wszystkim opakowanie. Wielkie opakowanie mieszczące 500ml produktu. Przy intensywnym używaniu jest szansa wykończyć produkt w ciągu sezonu. Lekka konsystencja ma swój dodatkowy atut - produkt jest bardzo wydajny.
Po otwarciu pudełka przede wszystkim uderza nas zapach. Uwielbiam wszystko co kakaowe i czekoladowe, dlatego i temu produktowi nie mogłam się oprzeć. Zapach - mdło słodki i w sumie trochę miodowy - po wtarciu w skórę daje naprawdę przyjemne uczucie komfortu. Jednocześnie nie jest na tyle uporczywy, aby przeszkadzać np. podczas snu, z czym często mam problem.

Jak już wspomniałam - krem do ciała ma bardzo lekką konsystencję. Jest to duży plus tego produktu, bo nawet kiedy było trochę cieplej, mogłam bez przeszkód go używać. Nie powodował uczucia lepkości i bardzo szybko się wchłaniał. Z drugiej strony może być to również lekką wadą. Produkt jest na tyle lekki, że czasami miałam wrażenie, jakby niewystarczająco nawilżał moją skórę. Takie miejsca na ciele jak nogi musiały być potraktowane nim dwukrotnie zanim uzyskałam zadowalający efekt nawilżenia. Faktem jednak jest, że jesienią moja skóra przypomina sobie o swoim atopowym charakterze, więc potrzebuję zawsze poświęcić jej więcej czasu w tych miesiącach.

Sam krem ma bardzo ciekawy skład. Nawilżająca gliceryna, wygładzające i zatrzymujące w skórze wodę emolienty, masło shea, masło kakaowe i panthenol. Brzmi bardzo dobrze i wyjaśnia naprawdę dobre działanie produktu. Oczywiście są tu również mniej przyjemne składniki zapachowe czy alkohol, które mogą podrażniać naszą skórę. Nie spotkałam się jednak z takim działaniem.

Produkt jest małą perełką na Rossmannowych półkach. Jest naprawdę dobrym kosmetykiem i stanowi świetne rozwiązanie dla kremu do ciała do codziennej pielęgnacji.

500ml produktu kosztuje 9,99zł.
Teraz w serwisie rossnet.pl produkt można kupić za 7,99 zł :)

czwartek, 4 października 2012

Wrześniowy manicure

Bardzo zaniedbałam bloga w ostatnich tygodniach.
Ponieważ wbrew pozorom nie siedziałam bezczynnie i zbierałam materiał na stronę, postanowiłam podzielić się z Wami moim nowym pomysłem - manicure miesiąca.

Bardzo często zmieniam kolor paznokci i pomyślałam, że mogłabym stworzyć małą serię, w której pokażę swoje ulubione manicure z całego miesiąca. Oczywiście, Nail of the Day nadal będą się pojawiać, szczególnie z nowymi lakierami w roli głównej :)

Dzisiaj natomiast, jeszcze przed położeniem się spać, mam dla Was pięć pomysłów z września. Niekonwencjonalne, czasami zabawne, inspirowane różnymi momentami w minionym miesiącu.

Virtual, Fashion Mania, nr 154 Pret-a-porter & Colour Alike, nr 469 Aleja Gwiazd

09/11

Essence, Nude Glam, nr 06 Hazelnut Cream Pie & e.l.f., Smoky Brown

Golden Rose, Classics Charming, nr 85 & China Glaze, Retro Diva Collection, Let's Groove

Golden Rose, Classics Glamour, nr 180 & Essence, Topper, nr 02 Circus Confetti

Na niektórych zdjęciach widać charakterystyczną obwódkę przy wskazującym palcu. Sezon słonecznikowy mnie dopadł! :D Haha!

poniedziałek, 1 października 2012

Possibility - Ginger Snap Cookies

Cześć Dziewczyny!

Po długawej przerwie powracam do Was z recenzją.

Bardzo często w oko wpadały mi produkty Possibility. Szukając informacji na temat tego producenta, przegrzebałam cały internet i naprawdę ciężko było znaleźć jakieś konkretne informacje. Ostatecznie wiem jedynie, że jest to angielska marka kosmetyczna.


Dziś chciałabym Wam przedstawić reprezentanta firmy Possibility - Ginger Snap Cookies, który trafił do mnie do oceny. Żel pod prysznic, płyn do kąpieli i szampon w jednym. Kosmetyki 3w1 to dość kontrowersyjny temat. Wg mnie, jeżeli coś jest do wszystkiego, to najpewniej działanie będzie niewidoczne i na tyle uniwersalne, żeby nie zrobić nikomu krzywdy. A przynajmniej taką mam nadzieję :)

Opakowanie stanowi bardzo pojemna, zwykła, ale dość twarda, butelka, która całkiem fajnie prezentuje się w łazience. Produkt przyciąga uwagę swoim gabarytem i kolorem. To co mnie zaskoczyło, to informacje zawarte na opakowaniu - przepis na ciasteczka imbirowe! :)

Używałam tego produktu jako żelu pod prysznic i płynu do kąpieli. Ponieważ mam wymagającą skórę głowy, poprosiłam swoją mamę o sprawdzenie, jak ten kosmetyk sprawdzi się w roli szamponu.

Moja skóra na ciele potrzebuje produktów mocno nawilżających albo takich, które specjalnie jej nie wysuszą. W przypadku tego żelu naprawdę nie było najgorzej. Po kąpieli / prysznicu nie miałam problemu ze ściągnięciem skóry. Żel bardzo ładnie się pienił, a podczas kąpieli lekko zabawiał wodę. Ważnym punktem testowania produktów do mycia jest wg mnie to, czy produkt zmywa antyperspirant. W tym wypadku wolałam przemyć skórę innym żelem, bo po samym imbirowym płynie nie miałam stuprocentowej pewności, że dezodorant został usunięty. Miałam wrażenie, że skóra nie jest dobrze oczyszczona.
W przypadku użycia tego produktu jako szamponu, okazuje się, że jest to dobry sposób na sytuację podbramkową, kiedy nie mamy żadnego szamponu w domu. Niestety jednak potem włosy nie chcą się układać, szybko tracą wygląd i blask i po całym dniu są bardzo nieświeże. Owszem, kosmetyk nadaje się do umycia głowy, ale przy założeniu, że wieczorem użyjemy jednak zwykłego szamponu.

Ważną cechą tego produktu miał być jego zapach. Wg obietnic producenta zapachy tej serii inspirowane były ulubionymi deserami i miały nas przenieść do słodkiej krainy relaksu. No cóż, w tym wypadku nie było ani słodko ani deserowo. Zapach, który miał być główną przyjemnością, był tak chemiczny, że musiałam po prysznicu wetrzeć w siebie jakieś pachnące masło lub balsam. Nie wiem jak wg Possibility pachną imbirowe ciasteczka, ale ich żel na pewno koło takiego zapachu nawet nie stał. Kąpiel w tym płynie była katorgą, ponieważ leżenie w chemicznie pachnącej wodzie nie jest niczym przyjemnym.

Mnie kosmetyk do siebie nie przekonał. Na rynku mogę znaleźć podobne produkty, które dodatkowo będą ładnie pachniały. Podoba mi się bardzo deserowa idea, ale niestety rzeczywistość już nie przedstawia się tak słodko.

Produkt jest łatwo dostępny w sklepie paatal.pl i kosztuje ok. 9zł.

Czy testowałyście już ten żel pod prysznic? Jakieś uwagi?